#27

Jacek Laskowski - Freelancer w świecie IT cz. 2

Zachęcamy do posłuchania drugiej części rozmowy Łukasza Kobylińskiego z Jackiem Laskowskim. Nadal zostajemy w temacie pracy, jako freelancer w świecie IT.

Streszczenie odcinka

  1. Czy to u ciebie wyszło naturalnie, że chciałeś rozmawiać z innymi ludźmi, i stąd te grupy dyskusyjne, publikowanie bloga, media społecznościowe, czy dostrzegłeś w kontekście swojej działalności freelancerskiej możliwość budowania swojego wizerunku, żeby po prostu sprzedawać swoje usługi?
  2. Dzielisz się pasją i tym, co odkrywasz, żeby inni też się o tym dowiedzieli. Więc w pierwszym rzucie jest to dla nich wartość, a w drugim, w tym kontekście biznesowym, źródło klientów, bo oni się z tobą komunikują, wykorzystując do tego Twittera. Firmy, które przeczytały u ciebie coś ciekawego o jakimś problemie, który mają, mogą zwrócić się do ciebie o pomoc w rozwiązaniu go u nich lokalnie
  3. Chcę cię jeszcze zapytać o kwestie bloga, bo kiedyś sporo publikowałeś na własnych stronach, teraz wydaje mi się, że wszedłeś bardziej na platformę Medium.com. Czy lepiej się tam dociera do ludzi? Jest tam szersza publika? Czy zamieszczanie tego tam jest efektywniejsze? Czy uważasz, że takie indywidualne, własne blogi na własnych stronach nadal mają sens?
  4. Wspomniałeś o GitBook. To też jest ważna platforma, bo masz tam wszystkie swoje książki.
  5. Jacek, powiedz coś odnośnie swoich planów na przyszłość. Powiedziałeś, że chcesz coś potencjalnie nagrywać na YouTubie. Czy planujesz coś jeszcze w kontekście mediów społecznościowych, kontentu, czy jakieś nowe książki, technologie zaczynają cię interesować?

Transkrypcja odcinka

Doszliśmy do momentu, w którym chodzi się do pracy, szkoły, na praktyki itd. Wtedy możesz faktycznie zająć się swoją robotą.

Już wtedy wiem, tak jak to mówią te wszystkie mądre książki, artykuły, które od czasu do czasu czytam, by upewnić się, że mój program na życie jest dobry i nie powinien być przeładowany. Nie mam nic włączonego poza Twitterem, który jest włączony tylko po to, by po kilku godzinach opublikować coś, co odkryłem i aby być w kontakcie z moją publicznością. A przede wszystkim po to, żeby powiedzieć ludziom, że skoro się już zapisali na mój kanał i oczekują kontentu związanego ze Sparkiem albo Kafką, to go dostaną. Nie zasypuję nikogo jakimiś bzdetami, bo sam nie chciałbym tego dostawać.

Staram się dbać o kontent, który puszczam na Twitterze, stąd pomysł na to, aby na Instagramie być np. kucharzem, a nie technologiem. I właśnie myślenie jest takie: „Skończ pierwszą godzinę pierwszym commitem na GitHuba”. Więc używam timerów. Tam są różne aplikacje, ale mam takiego jednego uptimera, którego włączam. Mam kilka projektów. Jednym z nich jest niepłatne siedzenie nad notatkami z Kafki albo ze Sparka. I włączam, bo chcę zobaczyć, ile mi to zajmie. Raz – ile zajmie mi spisanie tego, dwa – żeby w ogóle pomierzyć np. to, ile czasu spędzam na tym albo na tym. Szczególnie że ta aplikacja pod koniec tygodnia wysyła ci podsumowanie, co też może dawać ci pogląd, jak efektywny jesteś albo jak efektywnie spędzasz czas. I włączam ten czas, zaczynam patrzeć na kody, wiem już, co mam zrobić, bo mam zawsze zanotowane, gdzie skończyłem.

Zaczynam od patrzenia na moje notatki i czytania ich oraz zadawania sobie pytania „dlaczego?”, czyli czy to ma sens. Czytam i stwierdzam: „A, to wynika z tego. A czy to mam opisane? Nie mam”. I czasami mam nowy pomysł na to, co powinienem zrobić albo zaczynam od momentu, w którym przestałem pracować poprzedniego dnia, albo mam listę zadań, które muszę rozkminić.

Rozpędzenie, to intro, zajmuje mi kilka sekund. Gdy zaczynam pracować, to mam odpalonego Atom Editora, piszę w Askidocu, przeglądając kody źródłowe Kafki czy Sparka, korzystając z IntelliJ IDEA. I jak coś rozkminię, coś spiszę, to robię wszystko, żeby minimalnym wysiłkiem mieć pierwszego commita na GitHubie, aby mieć ciągłość pracy. Gdy już to mam, to odczuwam pierwsze zadowolenie; mija wtedy godzina 9. Zielona herbata i woda są przygotowane, kawy nie pijam. I jak mam commita, to wiem, że mógłbym siedzieć i się rozglądać, ale wtedy jestem już tak napompowany, bo już wiem, co będę robił za minutę, dwie.

Około 9 przychodzi moment, w którym muszę wstać, bo wiadomo, że organizm się zużywa, kręgosłup mamy tylko jeden. Więc wtedy wstaję, wstawiam wodę na kolejną herbatę, 10-15 min spędzam na różnych rzeczach – oczywiście wtedy timer jest wyłączony. W tym czasie zastanawiam się, co będę robił dalej, np. przeglądam coś na telefonie, jak są jakieś notyfikacje – z Twittera mam tylko notyfikacje – wzmianki albo ktoś ważny coś powiedział, ale generalnie bez napinania się. Czasami dostanę informację z Gmaila, że przyszedł mail. Więc sprawdzam, czy to ktoś ważny. Ale generalnie staram się w to nie angażować, bo wiem, jak to bardzo może rozpraszać. Odkładam telefon, przygotowana herbata.

Mija jakieś 10-15 min, wtedy wyjmę gary ze zmywarki, posprzątam po śniadaniu, czasem mam sprzątnięte, czasem nie. Jest to taki czas luźnego nicniemyślenia. Po tej przerwie wracam przed komputer. Włączam timer, wiem, od czego mam zacząć. Czytam to, co właśnie opublikowałem. I widzę, że np. formatowanie jest słabe, zdanie kwadratowe, poprawiam to i ciągnę temat dalej. I tak mi upływa, aż np. nie zrobię się głodny. Ok. 10-11 zaczynam o tym myśleć i wtedy już wiem, że będę miał albo resztki ze śniadania, albo sam coś przygotowuję. Tak jakby człowiek miał już ten schemat wyrobiony. Więc przychodzi czas na jedzenie, przerwa jest wtedy trochę dłuższa. I gdy jem, to czasami przeglądam swoje kanały na YouTubie. Trwa to 10-15 min.

Jeśli już zjadłem, odpocząłem, to znowu kilka godzin pracy aż do 14-15, kiedy zaczynam myśleć o obiedzie. Często to żona przygotowuje obiad, więc ja mam to z głowy. Bywa, że idę po syna, który ma osiem lat, aby nie siedział za długo w szkole. Wtedy czuje, że już się narobiłem, jestem wyzuty po czterech godzinach intensywnej, umysłowej pracy. W zasadzie mam tylko ochotę wyjść na dwór, przejść się, nic nie robić, luźnym krokiem iść i delektować się powietrzem. Idę po syna i spędzam z nim trochę czasu. Bywa, że to żona go odbiera. W zasadzie to myślenie nie jest już takie robocze, ale bardziej rodzinne. Do niedawna było tak, że spędzałem czas do 19 lub 20 z rodziną bez zaglądania do komputera i telefonu. Telefon mam wyciszony, dlatego trudno jest się do mnie dodzwonić, mail to jest to, bo daje tą asynchroniczność. Kiedyś o 20 siedziałem, ale w tej chwili już tego nie robię, bo muszę wstać o 5 rano, a ze wstawaniem jest coraz trudniej. A w dodatku zaangażowałem się w naukę francuskiego. I po raz pierwszy chcę zobaczyć, czy bycie zaangażowanym w jedną aplikację, w jedną rzecz pozwoli mi zaistnieć na rynku z moim francuskim, tak jak z innymi aktywnościami, które robiłem przez wiele lat.

Francuskiego uczę się tylko na Duolingo. Wtedy dorabiam tzw. ekspy, czyli do 200 ekspów ten experience z francuskiego. W tym czasie mój syn od 30 do 45 min ogląda bajkę, np. Harry’ego Pottera, a po 21, gdy syn już zaśnie, to ja w zasadzie przy tej pogodzie jestem już spompowany, więc wygaszam wszystko. Chciałabym powiedzieć, że 22 to jest koniec mojego dnia, żeby przygotować się do następnego, ale ta 22 to jakby za wcześnie, ale staram się przed snem uspokoić, aby dobrze zasnąć, zregenerować się na następny dzień, by nowy dzień zacząć znowu o 5 rano, a o 8 myśleć już tylko o swoim Sparku i Kafce, być może przygotować się do wyjazdu czy do naszego spotkania tak jak dzisiaj. Więc jest to takie myślnie o tym, co będzie za chwilę. Już wtedy na pewno nie odbieram żadnych maili, żeby nie zostać trafionym jakimś problemem mojego klienta, co by mi odwlekło w czasie zaśnięcie. I to tak właśnie wygląda.

Czasami były takie momenty, np. w wakacje, gdy dzień był uregulowany, syn szedł do szkoły w mieście, lato w mieście, żona do pracy. Ja zostawałem sam z kotami i z moimi kaktusami. I te dni wyglądały tak samo – od jednego urlopu mojej żony do drugiego, albo od wyjazdu do wyjazdu. Czasami ta regularność była bardzo monotonna, chociaż to dużo porządkowało, człowiek wiedział, co będzie robił. Z jednej strony jest to fajne, bo nie ma żadnych rozpraszaczy, wszystko jest znane, lubiane, robię to pasją. Ale pojawiają się też wątpliwości: czy tak ma wyglądać kolejne 10 lat mojego życia? Nie, zróbmy coś, zmieńmy coś. Ale za chwilę przychodzi myśl: „Ale ty za 10 dni idziesz na urlop dwutygodniowy. Nic nie będziesz wtedy robił, będziesz z rodziną non stop. Zrób tyle, ile możesz, bo za chwilę czas nie będzie twój, ale rodziny”, albo: „Za pięć dni jedziesz do klienta na tydzień, więc uważaj, co ze sobą robisz. Wyrzuć te myślenie”. Wyrzucam je i wtedy pojawia się kolejna myśl: „Za mało czasu, a jeszcze tyle do zrobienia”. I tak się to kręci w kółko.

Chciałbym wierzyć, że wielu ludzi ma tyle pasji dla tego, co robi, obojętnie, czy to jest robota, czy to jest pasja typu jiu-jitsu, stretching, kalistenika, pływanie, granie w kosza, piłka, siedzenie przed kompem. Jeśli człowiek ma pasję, to miło patrzy się na takiego osobnika. Widać w nim, jak on o tym mówi i aż się chce go słuchać. Ale niestety wielu ludzi, których spotykam, chodzi do tej roboty, bo musi. Nie ma wyboru. Jak im mówię: „Po co to robisz? Przestań. Rób to, co cię pasjonuje”, to pojawia się tysiąc pięćset powodów, dla których człowiek nie zaczyna. I pewnie tak samo jest jak ze mną. Nie znajduję nikogo, z kim mógłbym współdzielić te same pasje biznesowe. I dlatego wciąż jestem solopreneurem.

Myślę, że w IT i tak jesteśmy szczęściarzami, bo tę pasję możemy łatwo połączyć z życiem zawodowym. Nie w każdej branży jest to możliwe. Bardzo wiele osób pracuje, bo musi wykonywać swój zawód, ale tak naprawdę pasjonuje ich zupełnie coś innego, na czym trudno zarobić. Pewnie w tych czasach można robić o wiele więcej ciekawych rzeczy, np. chodzić po górach, kręcić filmy i być youtuberem. Więc to się powoli zmienia, ale w IT jest to nadal najłatwiejsze.

Powiedziałeś wiele o mediach społecznościowych, np. o Twitterze i Instagramie. Zawsze ważna była dla ciebie komunikacja z czytelnikami czy z osobami, które były zainteresowane tym, czym się interesujesz, np. na grupach dyskusyjnych. Czy to u ciebie wyszło naturalnie, że chciałeś rozmawiać z innymi ludźmi, i stąd te grupy dyskusyjne, publikowanie bloga, media społecznościowe, czy dostrzegłeś w kontekście swojej działalności freelancerskiej możliwość budowania swojego wizerunku, żeby po prostu sprzedawać swoje usługi? Jak to się u ciebie kształtowało?

Lubię się pasjonować tym, co mnie fascynuje. A jak się czymś fascynuję, to lubię to rozgłaszać, aż do bólu. I jeśli to jest IT, to i meet-upy, konferencje. Zawsze jest myśl, że jeśli wystąpienie publiczne, to trzeba się przygotować. A z drugiej strony, co ja się będę przygotowywał, przecież nigdy nie będę PhD z danego problemu. Wielu ludzi wie jeszcze mniej niż ja, nie ma czasu na rozkminianie danego tematu. Chodzi o to, aby dzielić się wiedzą, a nie być Bóg wie jakim doskonałym.

Często zarzucano mi, że te wystąpienia są robione na kolanie. W pewnym sensie jest to prawda, a z drugiej strony nie chodziło mi o to, żeby dopieszczać te prezentacje i nigdy nie wystąpić, tylko żeby się dzielić. Więc zawsze miałem parcie na szkło, ale w tym pozytywnym tego słowa znaczeniu. Czyli zawsze chciałem udostępnić to, co mnie pasjonowało, licząc na to, że znajdą się osoby, których też to może pasjonować. I w ten sposób zgromadzę ludzi, którzy dzielą te same pasje. Może się okazać, że na tej wyspie nie jestem sam i nie tylko mnie pasjonuje Spark i Kafka. Dlatego zawsze występowałem na konferencjach i wychodziłem do ludzi.

Zwykle bywało tak, że to, co robiłem komercyjnie, gdy pracowałem na etacie, nie było dla mnie specjalnie interesujące. Zawsze poszukiwałem czegoś nowego. Ta niestabilność psychiczna i biznesowa zawsze się pojawiała. I organizowanie konferencji było czymś nowym. Gdy organizowałem to piąty, szósty raz, to już nie chciałem tego robić. Z meet-upami było podobnie. Jak widzę, że one są takie same, to tracą swoją magię.

Poszukuję też sposobów na dotarcie do tej publiki. Twitter jest jak stworzony dla mnie. Siedzę w domu sam, więc potrzebuję się uzewnętrznić. Na Fejsie jest inne audytorium, bo tam jest moja mama i moja dalsza rodzina. I tam mi napisano: „Jak nie przestaniesz pisać o Sparku, to przestaniemy być znajomymi”. Ja na to: „Nie, nie przestaniemy być znajomymi. Przestaniemy być nimi tylko na Facebooku”. Więc Facebooka zostawiłem na takie rodzinne alter ego, gdzie pokazuję zdjęcia z wyjazdów. Do tego też służy Twitter. Te wyjazdy mogą być też związane z biznesem. Dzięki temu moja mama, moja rodzina wie, że wyjeżdżam. Nie wszystkich na bieżąco informuję, że jestem we Francji, tu czy tu. Więc robię te fotki i robię z siebie Bóg wie kogo, jakby to kogoś interesowało.

Robię to, co mnie pasjonuje, jest tym Spark. Może ktoś też chciałby to robić. Więc staram się zainspirować kogoś, licząc, że to, co robię, jest inspirujące. I do tego służy Twitter. A że Twitter wszedł w fazę wojny z Facebookiem, to to, co idzie na Twittera, nie jest publikowane automatycznie na Facebooku. Ale przez długi okres czasu panował pakt o nieagresji między tymi dwoma mediami. I to, co poszło na Twittera z odpowiednim hashtagiem, było od razu wysyłane na Fejsa. Więc to połączenie istniało, ale teraz już tak nie ma.

Ale jako że Instagram jest fejsowy, zacząłem publikować „innego mnie” na Instagramie, bo mnie coś fascynuje, np. jedzenie, które jest zdrowe, które pozwoli mi dłużej przetrzymać do następnego jedzenia i będę mógł zająć się rzeczami, które mnie pasjonują prawdziwie. Mówi się, że trzeba jeść dużo warzyw, chociaż podobno wartości odżywcze naszych warzyw nie są takie fajne jak 20 lat temu, kiedy to rekomendowano. Ale piszę o tym. Uczę się też angielskiego, bo wszystko, co robię, staram się robić po angielsku, gdyż audience i siła rażenia są jest wtedy większe. I ludzie, którzy pasjonują się nowymi technologiami, zwykle są anglojęzyczni, a dopiero później są ci polskojęzyczni. I jest tak, że na Instagramie uczę się angielskojęzycznych sformułowań o jedzeniu, których nie znam, np. kiełki to sprouts. I to są takie rzeczy, których człowiek nie używa na co dzień, a ja jednak używam tego angielskiego.

Gdybym chciał tak lekko porozmawiać ze swoim przyszłym klientem o Sparku, to on niestety nie jest jeszcze moim klientem i on nawet nie wie, co to jest Spark. On płaci mi właśnie za to, żebym to ja to wiedział, podczas gdy on nie musi tego wiedzieć i może go to nudzić. Ale już o rozciąganiu, robieniu śniadań można z nim porozmawiać. I tak rozkminiam, dlaczego youtuberzy używają również Instagrama. A dlaczego nie używają Twittera? Dlaczego społeczność techniczna i politycy używają Twittera, a nie używają tak często Instagrama i nie są na YouTubie? To są moje pytania. Zadaję je sobie też po to, aby wiedzieć, jak używać tych wszystkich mediów społecznościowych we właściwy sposób, żeby nie zarzucać mojej rodziny informacjami o tym, że Spark to jest fajna rzecz i że opisałem po angielsku takie coś. Oni tego nie zrozumieją. Aczkolwiek czasami pytają mnie: „Jacek, o czym ty piszesz na tym Fejsie? Co to jest Spark?”. I to mnie cieszy, bo dochodzi to do nich.

Jestem na tych mediach społecznościowych głównie jako producent kontentu, słabiej z konsumowaniem, aczkolwiek jeśli coś produkujesz, musisz to konsumować. Musi być symbioza. Dawanie jest dobre, ale bycie aroganckim w stosunku do twoich followersów, już nie. Jeśli mają coś do opublikowania, to od czasu do czasu warto coś zalajkować, wzmocnić, jeśli budujesz swoją markę, również na bazie kogoś, kogo ty znasz, z kim obcujesz. Wtedy też pomagasz Google, żeby cię odpowiednio zrankingował w tych wynikach wyszukiwania. To pomaganie jest ważne. Więc jeśli ja w tej chwili dochodzę do pięciu followersów na Twitterze, to czy to jest coś ważnego? Przecież połowy ludzi nie znam. Ale tu nie chodzi o to, żeby znać. Jeśli są zainteresowani kontentem, który produkuję, i jeśli mam znajomych, którzy też wchodzą w ten rynek, i jak widzę, że to jest Spark i Kafka, to puszczam to przez mój kanał, niech kilku z moich followersów pójdzie tam. Im na tym zależy, ja na tym nic nie stracę. Wszyscy zyskają, więc jest dobrze.

Nad czym wciąż ubolewam? Nie mogę się przekonać do YouTube’a. Oglądam dużo youtuberów, szczególnie jeśli chodzi o taekwondo, stretching, kalistenikę bądź czasami brazylijskie jiu-jitsu. Patrzę na tych ludzi, którzy opisują, ile oni wkładają czasu w to, żeby zrobić postprodukcję. Samo nasze nagranie trwa godzinę, a tego siedzenia nad tym, aby zrobić to dobrze, jest dużo. Sam marzyłem o tym, aby na Udemy nagrać szkolenia. Podobno jest to odcinanie kuponów. Jak mawia Sławek Sobótka: „Jak dobrze zrobisz kontent, opublikujesz go, to niech ci te pieniądze wpadają”. I mimo że to nagrywamy, to jakkolwiek nie obawiam się być nagranym albo wystąpić publicznie, to przeraża mnie ilość pracy nad postprodukcją. Czasami zastanawiam się nad znalezieniem firmy, która zrobiłaby to za mnie, ale znalezienie firm to też jest poświęcenie czasu. I to nie jest priorytetem, więc tego nie robię. A jak nie robię, to mimo to siedzi mi to w głowie. Chciałbym, ale nie chcę. A wiem, jak to działa. Jeśli chcesz coś zrobić, to zacznij to robić. To jest proste, każdemu to powtarzam. I sobie to powtarzam, a jednak mam przynajmniej dwie rzeczy, których nie mogę zrobić; są nimi: nagranie kursu na Udemy i nagrywanie raz na miesiąc na YouTubie. I jak zapytasz mnie dlaczego, to odpowiedź jest prosta. Jestem leniwy.

Powiedziałeś, że dzielisz się pasją i tym, co odkrywasz, żeby inni też się o tym dowiedzieli. Więc w pierwszym rzucie jest to dla nich wartość, a w drugim, w tym kontekście biznesowym, źródło klientów, bo oni się z tobą komunikują, wykorzystując do tego Twittera. Firmy, które przeczytały u ciebie coś ciekawego o jakimś problemie, który mają, mogą zwrócić się do ciebie o pomoc w rozwiązaniu go u nich lokalnie.

Trafiłeś w temat, który ostatnio zacząłem odkrywać. Otworzyłem na Twitterze tzw. direct messages, czyli DM-y. Chodzi o to, że jeśli masz problem, a uważasz, że osoba jest wstanie ci pomóc, to walisz do niej bezpośrednio na kanał na Twitterze. Ja czasami to wykorzystywałem publicznie, aby zwrócić uwagę na jakiś problem. Bo trzeba na to zareagować. Jeśli na to nie zareagujesz, to tak, jakbyś powiedział: „Jesteś moim klientem, bardzo ważnym potencjalnie, ale mam to w nosie, jestem ponad to”, a to nie jest dobry komunikat, który chcesz wysyłać w eter. Zauważyłem, że teraz coraz częściej ludzie wykorzystują możliwość zadania pytania na Twitterze i robią (sisi, 24.24). Sam to często robię. Puszczają ludzi, którzy uważani są za pomocnych. I coraz częściej zaczynają się pojawiać. I albo ktoś pisze: „Słuchaj, Jacek, na Stacku zadałem pytanie: Pomożesz?”, i Sisi – i wtedy ja dostaję od Twittera informację, że ktoś mnie wezwał do akcji, bądź przeglądając na Stacku, widzę, że pojawia się pytanie, które gdzieś tam zauważyłem. Więc na DM-a piszą i to jest tylko widoczne pomiędzy mną a osobą, która pisze.

I zaczynam zauważać, że przez te kanały komunikacyjne – szczególnie Stacka, na którym jestem dosyć aktywny, Sparka, trochę mniej Kafka, bo dopiero czuję, że jestem gotów, żeby w tym się udzielać – że coraz więcej zleceń dostaję przez moje aktywności, np. na konferencjach, gdzie ludzie przychodzą i mówią: „Poruszyłeś temat, który ostatnio mnie zajmował, chętnie bym cię zaprosił”. Jak spotykam takich ludzi, to myślę sobie: „A, gadaj sobie zdrów. O momentu, kiedy nie wystawię ci faktury, to jest tylko gadanie. Jak to mówią: talking is cheap. Jak mnie zaprosisz, to wtedy będzie inna rozmowa”. Ale ludzie przychodzą i dostaję klientów. Widzieli mnie na konferencjach, szczególnie tych zagranicznych typu Kafka Summit albo Spark Summit. I piszą: „Widziałem cię na konferencji. Oglądałem twoje inne wystąpienia publiczne. Podoba mi się twój styl mówienia, opowiadania o tym albo o tamtym. Widziałem cię na Stacku, widziałem serię pytań, które zadawałeś, aby dociec do prawdy i pasowało mi to”. Więc zapraszają mnie w tej chwili klienci różnymi kanałami.

Budowanie marki? Tak. Budowanie marki w internecie, czy to przez Stacka, czy przez Twittera, LinkedIna – coraz częściej widzę, że LinkedIn zaczyna zajmować u mnie coraz więcej czasu antenowego, to jest zupełnie inny audience, tam jest stricte biznesowy, więc moim obecnym problemem, jeśli chodzi o media społecznościowe, jest to, jaki target jest na Twitterze versus to, co jest na LinkedInie. Na LinkedInie jestem połączony, powiedzmy mam 10 tys. znajomych biznesowych, ale tam połączenie jest węższe. Jeśli człowiek zajmuje się Sparkiem, Kafką albo rekruterem, który coś mi zaoferował, była jakaś współpraca, jest ze mną połączony.

Od czasu do czasu odłączam ludzi, jeśli są nieaktywni, tym bardziej jeśli widzę, że gościu zmienił robotę albo ta znajomość była powierzchowna. I porównuje to z Twitterem. Nie wszyscy ludzie, którzy tu występują, używają Twittera. Część ludzi, z którymi jestem na LinkedInie, używa Facebooka do tego, do czego ja używam Twittera. Więc budowanie marki przez różne media społecznościowe – tak. Szanuję ludzi, którzy używają Fejsa do tego, do czego ja używam Twittera, i wierzę, że trzeba publikować również na Fejsie, trzeba być na Fejsie. Chciałbym móc napisać, że wyłączyłem konto na Fejsie i jestem ponad to, ale nie jestem ponad to.

Jestem za słaby, aby wyznaczać trendy. Mam takie aspiracje w niektórych aspektach, kręcę teren. Więc używam narzędzi, których używają ludzie. Bo jeśli chcę rozmawiać z ludźmi i szukać potencjalnych klientów albo być odnaleziony przez tych potencjalnych, to w pewnym sensie będę krakał tak jak te wrony, czyli moi potencjalni klienci. Zawsze miałem parcie na szkło, żeby udostępniać to, co wiem. Zauważyłem, że dawanie jest przekuwane w branie albo dostawanie, czyli dajesz, aby dostać. I udostępniać dużo do momentu, w którym ktoś powie: „Wszystko udostępniasz, więc po co mam cię zatrudniać. Wszystko jest dostępne w sieci”. Jest tylu ludzi na świecie, którym się nawet nie chce czytać, widzieli mnie tu czy tu, znają mnie, ale wciąż nie wiedzą, że piszę, że są wszystkie agendy moich szkoleń, wszystkie materiały są dostępne publicznie. Nie wiedzą tego, bo nie mieli czasu ani ochoty poszukać, czy jest jakiś inny materiał.

Media społecznościowe? Tak. Wciąż żałuję, że nie jestem aktywniejszy na YouTubie, że nie nagrywam tego, co wiem. Wciąż jestem tradycjonalistą, że piszę. Aczkolwiek sam po sobie widzę, że wolę przez pięć, dziesięć minut, siedząc w jakiejś dziwnej pozycji jogowej, rozciągając się, oglądać coś, czegoś posłuchać. Jedni słuchają muzyki medytacyjnej, a ja mogę czegoś posłuchać. Więc czasu używam w różny sposób. I wierzę w siłę mediów społecznościowych. Uważam, że Polacy jeszcze wciąż są za mało aktywni. Uważam, że za bardzo jesteśmy pasywni w konsumowaniu, nie jesteśmy producentami treści. Nie chcę powiedzieć „dobrej treści”, „wysokiej jakości treści”, bo nie chcę podnosić poprzeczki. Opublikujmy coś, co sami uważamy za wartościowe dla nas samych. Jestem przekonany, że znajdzie się wśród naszych odbiorców ktoś, kto nam za to podziękuje.

Gdy patrzyłem na Twitterze i na LinkedInie na to, co ma dużą ilość lajków i jaka jest ekspozycja problemu, to czasami jestem zaskoczony tym, że twardy kontent sparkowy bardzo niskopoziomowy, z którego jestem dumny, coś, za co zapraszają mnie do klienta tego czy tamtego, czy na konferencje, spotyka się z takim średnim odbiorem. Może dlatego, że temat jest zbyt głęboki i zbyt szczegółowy. Natomiast kontent typu: „Jestem w Sparku. Patrzcie, poranek, 5 a.m., Chicago i robię zdjęcia”, a ludzie to lajkują. Tego bym nie chciał, ale może ludziom taki lekki kontent, selfie odpowiada. Czasem taki lekki przyjemny kontent znajduje większą liczbę odbiorców niż ten twardy, akademicki kontent pisany.

Pewnie potrzeba odpowiedniej ilości czasu, aby w ten twardy kontent się wgryźć i go zrozumieć, aby go zalajkować. Ale pewnie trzeba mieszać jedno z drugim.

I przyglądam się tym youtuberom, jak oni puszczają twardy kontent o rozciąganiu, middle spicie, o szpagacie albo sznurku. Twardy kontent wymaga doświadczenia, żeby dojść do tego poziomu, aby zrozumieć w ogóle, co autor miał na myśli. I dopiero teraz, gdy jestem na jakimś poziomie tego rozciągania, wiem, co on do mnie mówił. On mówił: „Zrób to”, ja to robiłem, ale trzy lata temu byłem w ogóle na innym poziomie. On mówił o tym i o tym, i jeszcze o tym, ale on przemilczał to, a teraz to jest logiczne. I całe zrozumienie tego, co autor miał na myśli, dopiero teraz do mnie przychodzi. Przewijam gadki w stylu: „Jestem… Lubię kontent taki i taki”, czyli te intro, zostaw te intro, ja już to słyszałem sto razy, ale jest wielu ludzi, którzy tego nie słyszeli, więc on musi to robić. I czasami jest to robione sztampowo i tego kontentu z dziesięciu minut jest tylko trzy. I czasami tylko dla trzech minut się ogląda. Czasami przewijam całe pięciominutówki. Chciałbym to dopasować, dać trzy minuty twardego kontentu, siedem minut zabawy. W zasadzie tak wyglądają wystąpienia na konferencjach: masz 45 minut, a tylko przez 10 minut mówiłeś o czymś wartościowym, reszta to był bełkot. Ale wygląda na to, że ludziom się podobało. Jeśli chcą się bawić, to wyjdzie taki komik, pożartuje. Może właśnie o to chodzi, żeby te pięć twardych minut było otoczone czterdziestominutowym bzdetem, ale może właśnie tego oczekuje publika.

Media społecznościowe zawsze mnie interesowały. To nagranie też jest dowodem na to, że w takich wystąpieniach upatruję niekoniecznie szukania klientów, ale bycia inspiracją. Mam nadzieję, że ktoś kiedyś powie: „Słuchaj, Jacek, powiedziałeś jedno takie zdanie, które dało mi do myślenia. Dzięki ci za to”. Jak ci to pomoże to fajnie, może kiedyś będziesz mieć okazję się odwdzięczyć. Jeśli ci na tym zależy. Niech ten dług będzie po jednej stronie. Jak ktoś z tego skorzysta, to dobrze. Na szczęście na tych mediach społecznościowych nie mam jeszcze hejterów. Słyszę o tym, że ludzie mają z tym problem. Z tego, co słyszę, to te historie są naprawdę „czarujące”.

Najgorzej to być chyba politykiem, wtedy masz 50% hejterów.

Mam kilku znajomych z kręgów LGBT i jak oni mi opowiadają, jakie tam są historie,to nie rozumiem tego świata. To jest jakiś świat równoległy.

Chcę cię jeszcze zapytać o kwestie bloga, bo kiedyś sporo publikowałeś na własnych stronach, teraz wydaje mi się, że wszedłeś bardziej na platformę Medium.com. Czy lepiej się tam dociera do ludzi? Jest tam szersza publika? Czy zamieszczanie tego tam jest efektywniejsze? Czy uważasz, że takie indywidualne, własne blogi na własnych stronach nadal mają sens?

Mam wrażenie, że ludzie przechodzą na Medium.com. Medium zakładali ludzie, którzy zakładali YouTube’a. YouTube został wykupiony przez Google. I ci ludzie z tymi pieniędzmi postanowili stworzyć YouTube’a dla piszących. Bardzo mi się to podoba, jako że ciągle myślę o YouTubie jako o platformie, na której będę nadawał. Jest taka sytuacja, że Medium ma stać się YouTube’em dla piszących. Ja jestem piszący. Medium robi wszystko, aby to pisanie było łatwe i przyjemne. Więc dlaczego nie skorzystać z czegoś, co jest robione dla ludzi, którzy chcą pisać, tym bardziej, że ta platforma tak jak Udemy z kursami zadba o nagłaśnianie tego kontentu. Więc oni wiedzą już, jak to zrobić dobrze. Więc jeśli oni mogą mi pomóc, to ja też im mogę pomóc przez publikowanie mojego kontentu. Jeśli to będzie obopólna współpraca, to dlaczego nie. Jeśli tylko z korzyścią dla mnie, to też dlaczego nie.

Wracając do tego, dlaczego zszedłem z tych poprzednich platform. WordPressa miałem swojego, właściwie miałem dwa blogi, byłem też na Blogspocie googlowym, byłem w różnych miejscach, ale problem jest taki, że to trzeba utrzymywać. Miałem kiedyś artykuły na oprogramowaniu, na którym stoi Wikipedia i często to było hakowane. Więc trzeba było często odtwarzać z backupów. W końcu się poddałem. Przestałem monitorować. I w tej chwili widzę, że to nawet zniknęło. Zostało zhakowane, baza została wyczyszczona, nie ma już żadnych starych artykułów sprzed 10 lat. I może i dobrze, bo kontent był już stary, nie ma do czego wracać.

Więc przeszedłem na platformę. Po pierwsze, znosi to ze mnie obowiązek robienia rzeczy, których nie chcę robić. Więc ten outsourcing zaaplikowałem, jeśli chodzi o platformy blogowe. Platforma bardzo dobrze się sprzedaje, jest popularna. Ma elementy, których potrzebuję, typu widoczność moich artykułów, aspekty społecznościowe, łatwo się pisze, kontent publikuje się w tak prosty sposób, że to aż zachęca. Jedyny powód, dla którego nie publikuję częściej, to to, że ja i tak piszę swoje książki. Mam pięć książek, które piszę, więc w zasadzie tego pisania mam dużo. I nie mam już czasu na pisanie o rzeczach lekkich i przyjemnych. Szkoda mi tego czasu, bo pasjonuje mnie Spark i Kafka. Jakkolwiek byłyby te artykuły o pisaniu o tym, co robię wokół Sparka i Kafki, to wciąż to byłoby dalekie od tego, żebym ja zrozumiał Sparka i Kafkę dokładnie. Więc nie robię tego. Aczkolwiek jak wspomniałem, mam tam artykuł, który czeka na taką recenzję. Więc korzystam z Medium, bo zdejmuje to ze mnie odpowiedzialność za utrzymywanie domeny, bo domeny można przekierowywać. To jest też powód, dla którego korzystam też często z LinkedIn, Twittera, rzadziej z Facebooka, z Quory i z innych prospołecznościowych narzędzi, aby docierać do ludzi i pokazywać im: „Słuchaj, ty korzystasz z Medium, ale ja mam taką platformę GitBooks, w której publikuję książki. Może znajdziesz coś ciekawego. Jak nie, to jestem na Twitterze, Instagramie”. I do tych wszystkich mediów staram się dopasować ze swoim tokiem myślenia, korzystając z tych narzędzi, aby właśnie udostępnić to, co udało mi się poznać.

Wspomniałeś o GitBook. To też jest ważna platforma, bo masz tam wszystkie swoje książki.

GitBooks był fajny. Staram się z niego zejść, ale na razie nie znajduję alternatywy. Dlaczego GitBook? Dlatego że on jest podłączony z GitHubem. Na GitHubie chcę być bardzo aktywny, np. tylko przez ciągłość mojej aktywności. Więc to też jest sposób na sprzedanie siebie, jak pokazujesz, że jesteś wytrwały. Nawet robiąc codziennie trzy małe commity, to wychodzi z tego jeden duży commit powiedzmy w piątek pod koniec całego dnia. Więc GitHub zawsze mnie kręcił. GitBooks to była platforma, która korzystając z kodów źródłowych na GitHubie, pisanych w MacDownie albo w Askidocu, robiła z tego książkę. Więc generowała HTML-a, publikowała to właśnie pod swoim adresem, PDF-a, MOBI i EPUB-a – dokładnie to, czego ja chciałem. Jeśli pisałem jakiś kontent, to zawsze w Markdownie. Zawsze zastanawiałem się, jaki jest powód, dla którego powstał Askidoc. Dlaczego Askidoc jest wykorzystywany przez O’Reilly’ego do pisania dużych książek, 400-stronicowych. I zacząłem wchodzić w Askidoca. Okazało się, że GitBooks wspiera Askidoca. Więc pomyślałem, że upiekę kilka pieczeni na jednym ogniu. Będę pisał w Askidocu, poznam Askidoca, będę pisał o swoich narzędziach, publikował na GitHubie, więc będę miał przynajmniej jeden commit dziennie. GitBooks to zbierze, zbuduje książkę i będę miał książkę. I teraz cała narzędziówka będzie opędzona. Dlatego GitBooks. Niestety GitBooks 2.0 stwierdził, że koniec dla alternatywnych, nie tak specjalnie popularnych języków do pisania jak Askidoc. Więc zmuszają ludzi do pisania w Markdownie, który jest trochę mniej ekspresyjny. Już trochę napisałem. Powiedzieli, że już nie będą generować mobilnych formatów. Więc koniec z PDF-ami, MOBI i EPUB-em, tylko HTML. Czyli chcą przyciągnąć tylko do siebie. I co więcej, to jest najgorsze, koniec z integracją z GitHubem. Czyli wszystkie rzeczy, które brałem jako elementy za GitBooks, właśnie zostały zdjęte. Więc GitBooks zrobił wszystko, żeby zniechęcić do korzystania z ich aplikacji.

W tej chwili rozważam platformy, które uruchamiasz u siebie lokalnie i generujesz, podglądasz, jak to będzie wyglądało. I wtedy wypuszczasz to na jakieś buckety na Google’u, Amazonie i ten kontent jest ciągnięty i publikowany już przez te platformy. Rozważam to, aczkolwiek jest więcej roboty. Powodem, dla którego korzystałem z medium albo wszedłem na GitBooks, było to, aby mało robić rzeczy wokół publikowania. Chciałem, aby ten proces publikowania, postproduction, był jak najmniejszy. A tu się okazało, że GitBooks stwierdził, że nie, wycofujemy się z tego. Z mojej perspektywy to źle. Przeniosłem moją książkę o Sparku na nową platformę, na której nie są generowane PDF-y. I już dostałem zgłoszenie od gościa, który powiedział: „Bardzo cenię sobie twoje książki, chciałbym mieć PDF-a, ale gdy klikam »downloads«, nie pojawia się”. Odpisałem, zamknąłem to zgłoszenie. Napisałem: „Jestem w fazie przejścia na inną platformę. Na razie nie będzie książek w wersji mobilnej. Korzystaj on-line. Nic na to nie mogę poradzić. Jak chcesz, to możesz mi pomóc, możemy to robić razem”. To jest taki sposób na zaangażowanie ludzi. Ale jak pomożesz, to będzie.

Pozostaje zbudować alternatywną platformę, bo pojawia się okazja, gdyż GitBooks przestaje spełniać te wymagania.

Jacek, powiedz coś odnośnie swoich planów na przyszłość. Powiedziałeś, że chcesz coś potencjalnie nagrywać na YouTubie. Czy planujesz coś jeszcze w kontekście mediów społecznościowych, kontentu, czy jakieś nowe książki, technologie zaczynają cię interesować?

Z nowymi technologiami się wstrzymuję. Kubernetes się pojawia, jakieś nowe platformy GOG był przez moment, taki powszechny język. Python zaczyna zdobywać u mnie coraz większe uznanie w tym środowisku data science, gdzie moje narzędzie jak Spark jest wykorzystywane. Więc planuję odpalenie kanału na YouTubie. Właśnie kupiłem nowego Maca. Jednym z powodów kupienia go o takiej mocy było to, że będę nagrywał. To jest jedno z takich uzasadnień tego, dlaczego wydaję tyle pieniędzy. Bo będę nagrywał. A jak będę nagrywał, to będę zarabiał, więc się zrównoważy. Na razie nie nagrywam, a wydałem pieniądze, więc nad tym muszę pomyśleć. Ale generalnie chcę odpalić kanał na YouTubie, żeby regularnie publikować kontent, który opisuję. Wiem, że wielu ludzi nie lubi czytać. Dlatego na Twitterze dużą popularnością cieszą się zrzuty ekranu z moich książek, gdzie człowiek, nie otwierając linka, który właśnie podaje do całej strony, wertuje, ogląda opisy. Czyta stronę, którą gdyby wcisnął, to by ją zobaczył i przeczytał. Ale wygląda na to, że to się lepiej sprzedaje niż link do strony. Klikanie nie jest monetyzowane. Kontent chcę nagrywać, bo uważam, że jest wielu odbiorców, którzy podziękowaliby mi za to, że zamiast czytać, posłuchaliby. Chcę opublikować na Udemy jakiś kurs, zobaczyć, jak to będzie. Kontynuować to, co robię. Myślałem też o publikowaniu moich osiągnięć odnośnie rozciągania. Może znajdą się osoby, które będą chciały poznać moje tips and tricks. To byłby taki luźny kontent.

Jacek, dziękuję ci za rozmowę.

Cała przyjemność po mojej stronie.

Komentarze

Możliwość komentowania jest wyłączona.